Moja gestoza

Cześć wszystkim. Bloga piszę po raz pierwszy w życiu. Postanowiłam podzielić się z wami moja historią, przypadłością jaka dotyka wiele ciężarnych - gestoza.

Wiele z was nie zdaje sobie sprawy jak ważne jest mierzenie ciśnienia, nie tylko ciśnienia, ale również banalne badanie moczu, czy popuchnięte kostki (pewnie połowa z was je ma). Lecz kiedy występują wszystkie te objawy, trzeba bardzo ale to bardzo na siebie uważać.

Ale od początku..

Niedawno zostałam po raz drugi mamą, szczęśliwa mamą. Podjęliśmy z mężem decyzję o drugim dziecku, gdy nasze pierwsze szczęście miało 6,5 roku. Wcześniej nie wskazane mi było zajście w ciążę ze względów medycznych  (nadczynność tarczycy). Gdy endokrynolog dała zielone światło, nie czekaliśmy. O ciąży dowiedzieliśmy się w 29 urodziny mojego męża, radości nie było końca.  Ciąża rozwijała się książkowo, do momentu wizyty u mojego ginekologa (29 tydzień).
Mojego lekarza zaniepokoiło ciśnienie na wizycie  (140/100), wiadomo może wynik stresu, kazał mierzyć w domu 3 razy dziennie(wcześniej nie mierzyłam systematycznie gdyż poprostu mi się czasami nie chciało), tego dnia robiłam również badania (krew, mocz). Przez 3 dni mierzyłam w domu ciśnienie, wartości nie przekraczały 140/100, czasami było to 135/95, lecz nigdy nie spadało poniżej 130/90, zadzwoniłam po tych 3 dniach, mój lekarz kazał odrazu do siebie przyjść bez kolejki. Zmierzył ciśnienie (znowu 140/100), zajrzał do badań jakie ostatnio robiłam i się okazało ze mam białko w moczu, dodatkowo zaczęły mi puchnąć kostki. Diagnoza była jedna - stan przedrzucawkowy. Dostałam odrazu skierowanie na szpital. Jaka byłam przerażona na izbie przyjęć gdy zobaczyłam że mam kartę gorączkową wypisaną na 14 dni, myślałam że potrzymają mnie kilka dni, unormują ciśnienie i wypuszczą do domu.

W szpitalu trzymali mnie 4 tygodnie, potem wypuścili. Na wypisie mam ,, nadciśnienie tętnicze indukowane ciążą bez znamiennego białkomoczu", białko w moczu miałam zawsze. Mam trochę żal do tego szpitala. Leżąc tam, zawsze miałam temp. 37-38, nie zrobiono mi posiewu moczu, a wiadomo że czasami w ciąży nie czuje się infekcji pęcherza czy innych. Był tydzień ze nie miałam nawet badania moczu, tylko 3 razy pomiar ciśnienia, był czas ze nie miałam 2 dni ktg bo lekarz odstawił gdyż nie widział potrzeby monitorowania mnie pod ktg, drugi zaś zadzwonił z porodówki jak się o tym dowiedział że mam natychmiast mieć ktg. Na usg lekarze mowili, że dziecko jest większe niż powinno o 2 tygodnie. Nie dostałam clexane na rozrzedzenie krwi, żeby lepiej krew dopływała do łożyska, tylko acard, a wiadomo że na acard w tym tygodniu już jest za późno. Teraz to wiem, ale wtedy...

No i mnie wypuścili po 4 tygodniach. Ciśnienie było cały czas 150-100 mimo brania dopegyt 3x2 na dobę.  W międzyczasie zrobiłam badania i poszłam do swojego lekarza, byłam tydzień czasu w domu. Gdy weszłam do gabinetu lekarz złapał się za głowę. Znowu skierowanie na szpital.

Pojechałam do tego szpitala z którego wyszłam po 4 tygodniach. Na izbie miałam zmierzone ciśnienie (175/105). Położna zawołała lekarza, lekarz powiedział że z tak wczesną ciążą  (33 tydzień) mnie nie przyjmą gdyż u mnie ciąża może być rozwiązana w ciągu kilku dni a nawet godzin. Mam jechać do szpitala z drugim stopniem referencyjności na końcu miasta. Nie wezwano do mnie karetki, położna tylko zapytała czy jesteśmy samochodem. Musieliśmy tam dojechać sami. Na trzęsących się nogach szłam razem z mężem do samochodu.

I trafiliśmy do drugiego szpitala. Zostałam przyjęta na oddział ginekologiczny, podłączona do ktg  (trwało 1,5 godziny). Następnie wezwał mnie lekarz na badanie USG.  Badanie USG trwało bardzo długo, zapytałam czy wszystko w porządku. Lekarz odpowiedział ,,nic nie jest w porządku, dziecko nie rośnie, ma Pani bardzo mało wód, jedzie Pani na blok porodowy na obserwacje płodu".
Na wejście dostalam sterydy na rozwój płuc, magnez. Byłam przerażona. Wszystkie kobiety czekające na poród leżą na oddziale ginekologicznym, a ja leżałam na porodówce 2 tygodnie, codziennie przygotowana na cięcie. Na bloku porodowym są 3 sale do porodu, sala operacyjna i jedna sala trzyosobowa, gdy poród się przedłuża to dziewczyna może się tam przespać, lub schodzi się wieczorem na tą salę, aby przygotować się na wyznaczone przez lekarza cięcie. Ja spędziłam na tej sali 2 tygodnie. Nie mogłam codziennie jeść śniadania, bo najpierw miałam ktg, potem był obchód. Jeżeli ktg dobrze wychodziło to mogłam zjeść śniadanie. Musiałam być codziennie przygotowana na cięcie. Pewnego razu po obiedzie miałam drugie w ciągu dnia ktg, zostałam odłączona od ktg, siadam do obiadu a do mnie do sali przybiega zastępca ordynatora i podniesionym głosem mówi: - A Pani je obiad?! Ja mówię, że jem, a ktoś mi mówił ze mam nie jeść? W ostatnim tygodniu ktg wychodziło coraz gorsze, mała poruszała się z 15 minut, potem do końca ktg była prosta kreska - zero ruchów, ale tętno było cały czas ok.

Kiedy zdałam sobie sprawę, że moje życie i życie dziecka  jest  naprawdę zagrożone?
Kiedy badanie USG przepływów trwało około godziny i robiło je 4 lekarzy łącznie z ordynatorem i jego zastępcą,  oraz gdy przyszła do mnie o 1 w nocy młoda Pani doktor i powiedziała: - Jutro to naprawdę proszę nie jeść śniadania, grozi Pani hellp. Zapytałam czy naprawdę to może się zdarzyć przy moim stanie przedrzucawkowym, a doktor powiedziała ze robią co mogą, by ciążą trwała jak najdłużej, każdy dzien dla mojego dziecka jest zbawienny, nie chce wchodzić w kompetencje szefa (czyt. ordynatora) ale zakończenie ciąży to kwestia kilku dni. Poza tym jej pierwszy dzień w pracy to był właśnie zespół Hellp i mam uważać na ból w prawym górnym boku.

I tak mijały mi dni. W piątek był u mnie mąż, ktg nie wychodziło dobre, tętno małej rosło do 180, włączał się alarm. W sobotę rano nie mogłam spać ani na prawym, ani na lewym boku. Bolało mnie tak w nadbrzuszu, w okolicy żołądka, powiedziałam to na obchodzie, pobrali mi wszelkie badania, ciśnienie cały czas 150/100. Pani doktor pytała czy nie boli mnie po prawej stronie, ciężko mi było określić, bolało tak na wysokości żołądka.
A to już rozwijał się Hellp.

Na drugi dzień  (niedziela) standardowo ktg, obchod i dopiero śniadanie. Ale tego juz nie doczekał. Na ktg tętno małej spadło do 60, włączył się alarm, przebiegła położna i się pyta co się dzieje. Ja mówię że tętno dziecku spadło. Szybko wyłączyła ktg u koleżanki żeby lepiej słyszeć, mnie kazała przekręcić się na drugi bok i tętno dziecka wróciło. Zawołała szybko  Panią doktor i Pani doktor wpadając na salę pyta co się stało, na to położna: - Naszej pacjentce tętno spadło. To była ta Pani doktor co przyszła do mnie którejś nocy. Widziałam jej przerażenie w oczach, gdy wybiegła z sali. Słyszałam jak na korytarzu rozmawia z pewnym lekarzem a ten jej odpowiada: - Bierz doktora J. i róbcie cięcie.
Byłam bardzo przerażona. Już przygotowana przez położną do cięcia, wchodząc na salę zobaczyłam mnóstwo osób na sali, lekarze ginekolodzy, lekarze z neonatologii i juz nagrzany inkubator.
Wtedy dotarło do mnie, że idzie o ratowanie życia, mojego i dziecka.
Cały czas byłam podłączona pod aparaturę mierzącą ciśnienie.

Gdy wyciągnęli malutka, bardzo płakała a ja razem z nią.  Lekarka powiedziała, że zaraz pokażą mi dziecko. Przez głowę przeszła mi myśl, że nie chce jej oglądać. Tak, dokładnie.  Nie chciałam zobaczyć własnego dziecka. Cały czas powtarzali, że dziecko nie rośnie,  jest źle, mam mało wód i na koniec jej waga 1560g(duża hipotrofia).A była już późnym wcześniakem  (35+3). Dlaczego mi przeszła taka myśl? Pomyślałam, że jeżeli coś złego by jej się stało,  przecież jej stan był bardzo poważny, to może łatwiej mi będzie nie widząc jej buzi i że jak zobaczę ze fizycznie jest z nią coś nie tak, to wpadnę w panikę na tym stole.

Płakała bardzo głośno,  wiedziałam że jest dzielną dziewczynka.

Na drugi dzień po cięciu lekarz na obchodzie powiedział, że cięcie zostało wykonane w odpowiednim momencie  (wysokie próby watrobowe, spadek czerwonych krwinek, wzrost płytek krwi, ból wątroby, fatalne nerkowe) to był HELLP.

W szpitalu spędziłyśmy 3 tygodnie, dla mnie ciężkie tygodnie. Ale ze zdrowiem malutkiej było wszystko dobrze. Nareszcie wyszłyśmy do domu po dobiciu do wagi 2040 i zaszczepieniu na gruźlicę.

Dlaczego opisałam swoją historię? Jest dużo powodów. Pierwszy, że jest to dla mnie forma terapii. Nie mogę się pogodzić z tym ze moje dziecko się takie urodziło, że może gdzieś ja zawiniłam, dlaczego mnie to spotkało. Ale dobrze że żyjemy obydwie i mamy się teraz świetnie. Drugi powód to taki, że chce przestrzec wszystkie dziewczyny, mój ginekolog trzymał rękę na pulsie i odrazu skierował na szpital, ale wiem że są lekarze którzy bagatelizuja takie objawy. Trzeba nalegac, naciskać na dodatkowe badania czy nawet skierowanie do szpitala, nieh was położą, niech porobią wszystkie badania. Ja tez się bałam jak dostałam skierowanie na szpital, ale teraz wiem że gdybyśmy były w domu, to może by nas nie było. Trzeba trzymać rękę na pulsie gdy pojawi się gestoza.

*Proszę wybaczyć chaotyczne pisanie lub błędy :-)

Komentarze